Chemioterapia BEP – starcie pierwsze

Dzień 1 – piątek wieczór

Po pierwszym wlewie czułem się dobrze. Znajomi przyszli w odwiedziny. Potem postanowiłem się zdrzemnąć. Kilka godzin później musiałem wstać z łóżka i udać się do toalety. Była może 21:00.

Wstałem, zrobiłem kilka kroków. Poczułem się dziwnie, wyszły na mnie zimne poty. Zrobiło mi się niedobrze. Do łazienki nie doszedłem…

Podpierając się o ścianę dowlokłem się do pokoju pielęgniarek. Zapukałem. Drzwi się otworzyły. Mówić nic nie musiałem, widok chyba był jednoznaczny.

Pielęgniarka chwyciła mnie i zaprowadziła z powrotem do łóżka. Potem już szybka akcja.

Najpierw ciśnienie – 70/55 mmHg

Na jego podniesienie dostałem kroplówki szybkim wlewem.

Potem leki przeciwwymiotne.

Szybko poczułem ulgę. Pierwszy kryzys zażegnany.

Dostałem lek na spanie i wiaderko na rzyganie.

Pierwszy dzień za mną. Za 55 dni może będzie już po wszystkim…

Dzień 2 – sobota

Drugi dzień zaczął się śniadaniem. Apetyt jest, więc nie jest źle. Zaraz po śniadaniu czas zacząć drinkowanie.

Schemat jest ten sam, z tym że dziś bez bleomycynki. Za to dodatkowy zastrzyk przeciwzakrzepowy w brzuch. Potem już standard:

Leki przeciwwymiotne -> steryd -> etopozyd -> płukanka solą -> cisplatyna -> płukanka -> furosemid i mannitol -> pęcherzowa sztafeta

W międzyczasie obiadek – jeszcze wchodzi.

Odwiedziny, drzemka, kolacja, spać.

Nie było aż tak źle, jak się spodziewałem.

Dzień 3 – niedziela

Zaczęło robić się gorzej…

W ustach metal, w nosie eksplozje zapachów – niczym bombardowanie zapachem każdej mojej komórki receptorowej. Czuję nawet to co jest zamknięte w lodówce na korytarzu.

Żel pod prysznic stał się odorową przeszkodą nie do przejścia. Umyłem się szamponem.

Śniadanie już nie wchodzi, wejść za to musi masa chemii.

Przyjechała siostra i mama – trzeba było się trochę wziąć w garść. Czułem jednak, że z każdą godziną jestem coraz słabszy. Popołudniu zasypiam mimowolnie, budząc się co parę minut. Czekam tylko na wieczór i leki nasenne…

Dzień 4 i 5

Śniadania nie ruszyłem, obiadu i kolacji też nie. Na wodę i jakiekolwiek picie nie mogę już patrzeć.

Jedzenie szpitalne za każdym razem przywożone jest na wózku. Codziennie ten sam pisk kółek.

Odruch Pawłowa na sam ich dźwięk – zamiast się ślinić na jedzenie, jest to raczej odruch wymiotny.

Jedyna szansa, by się przed nim uchronić to ucieczka przed wózkiem ostatnimi siłami do toalety i zatkanie uszu. Wtedy jakoś daję radę.

Korzysta mój współlokator z rakiem jelita grubego. Albo chemię (on ma jednak tylko 3-dniówki) znosi tak dobrze, albo chemia jego jest dużo lżejsza. Zjada swoje i moje porcje, po czym ucieka z oddziału rowerem do domu, mówiąc, że idzie się przejść :p

Tym lepiej dla mnie – nie muszę się tłumaczyć, że znów nic nie zjadłem.

Im jest później tym gorzej pamiętam co się dzieje. Nie mogę poskładać poszczególnych scen do dziś.

Czekam na noc – sen to jedyny czas, kiedy nie chce mi się rzygać.

Mimo, że cholernie wymęczony to jednak jest coś co mnie trzyma i dodaje ciut siły – dałem radę przejść przez te pierwsze pięć dni wlewu i jutro wychodzę do domu.

Podsumowując:

  • pierwsze dwa dni w miarę ok
  • następne 3 już mniej ok
  • cholerne mdłości od przebudzenia do zaśnięcia
  • pozytyw taki, że mimo nieskończonej chęci rzygania nie puściłem póki co ani jednego pawia
  • z żadnych książek, kolorowanek itp. nie skorzystałem ani razu – nie miałem siły
  • i jest jeszcze coś, a raczej już nie ma: 11 kg mniej niż przed operacją

Teraz ostania noc przede mną, jutro home, sweet home…

 

 

 

 

4 thoughts on “Chemioterapia BEP – starcie pierwsze

  1. Hej, tych 11 kilo to troche za duzo. Co na to doktor? Ja to chociaz suchy chleb staralem sie zjesc pod koniec. ALe u mie w szpitale gotowano smaczne domowe obiadki…Teraz juz bedzie tylko lepjej. Zobaczysz. Pozdrawiam

    1. Hej, te 11 kilo to nie tylko w trakcie pierwszej chemii, ale od początku, od operacji – tak mój organizm zareagował pewnie m.in. też na stres. Akurat w tym szpitalu obiadki są naprawdę super (jak na budżet który szpitale mają na 1 pacjenta) 🙂 Inny problem to apetyt.
      Dzięki wielkie – już jest dobrze 🙂 Tobie też wszystkiego dobrego i zdrowia! 🙂

  2. Fakt. Zapachy do tej pory lubiane lub neutralne stają się nieznośne. Ja pamiętam jak chodziłem na dolewki i czekałem na swoją kolej, to najbardziej cierpiałem dlatego, że jakaś osoba towarzysząca innego chorego ciągnie za sobą cuchnącą chmurę perfum (może nawet nie tanich). Przy tym smrodzie zapach przepoconego człowieka staje się ulgą. Także jeśli ktoś to czyta, kto chodzi z kimś na oddział dzienny onkologii czy do przychodni onkologicznej to przoszę… Nie perfumujcie się. Wielu chorych będzie Wam wdzięcznych.
    PS. Coś jest nie tego z formularzem wpisywania komentarza. Wszystko pisze się dużymi literami i ciężko jest napisać bez błędów.

    1. Hej
      z tymi perfumami zgadzam się z Tobą – też cierpiałem przez to czasem nieziemsko.
      Co do wpisywania komentarzy to słuszna uwaga! Dzięki za wskazówkę. Postaram się to naprawić jak tylko dojdę do tego w jaki sposób 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *