Starcia nie tylko z chemią – witamy na oddziale onkologii

No to jedziemy!

Tydzień minął szybko i trzeba było zmierzyć się ze swoimi wielkimi obawami. Dziś 6 maja – wiosna w pełni, a zamiast delektować się ciepłem i słońcem, trzeba będzie pójść na „drinka”. Szczęście w nieszczęściu swoje 31 urodziny powinienem już „świętować” w domu, kilka dni po wyjściu za szpitala. Chociaż lekarka nie dała wielkiej nadziei, że będę miał siły na huczną imprezę. Ale na pewno będzie grubo – pewnie będę miał akurat największego kaca ever!

Dzień wcześniej spakowałem się do 1 torby. Wziąłem kilka książek, jakieś rysowanki dla zabicia czasu. Tak naprawdę nie miałem pojęcia co mnie czeka, więc trudno też było mi określić co mi się przyda.

Cały dobytek na następne miesiące

W szpitalu mam być na 7.30. Do szpitala mam pięć minut drogi. To chyba dobrze, bo nie będzie czasu na głupie przemyślenia typu czy dam radę, co mnie wcześniej zabije rak czy chemia, albo czy będę musiał rzygać całymi dniami.

Lepiej, że droga krótka, lepiej nie myśleć…

Walka o ogień? Nieee, wojna o wieszaki!

Na izbie przyjęć niespodzianka – należę do grupy pacjentów, którzy mają specjalne przywileje. Pacjenci onkologiczni mają pierwszeństwo w kolejce. A to oznacza, że o 8.00 jestem już na oddziale.

Bycie nowicjuszem na onkologii nie jest proste. W sumie chyba bycie nowicjuszem nigdy nie jest proste. Korzyść jest jedna – nie wiesz co cię czeka. Nie wiesz czy będzie źle czy w miarę ok. Jednym chemia daje w kość, z wszelkimi możliwymi skutkami ubocznymi. Inni przechodzą przez nią w miarę znośnie. Reguły nie ma.

Jedną z pierwszych rzeczy które się dzieją po przyjęciu na oddział to walka o wieszak, czy też jak inni wolą stojak. Jako onkologiczny prawiczek jeszcze tego nie wiedziałem. Może nie jest to kaliber walki o karpia, ale jednak awantury nieco bardziej nerwowych pacjentów się zdarzają.

A chodzi o to, że przychodzisz i od razu ogarniasz wieszak na kroplówki z dobrymi kółkami. Wieszak będzie twoim bliźniakiem syjamskim przez kolejne 5 dni. Doświadczyliście kiedyś poruszania się po supermarkecie wózkiem z zepsutym kółkiem? Wy chcecie w prawo, a on w lewo. Denerwujące nie? A na zakupach jesteście tylko pół godziny. Dalibyście radę tak przez 5 dni? 😛

Czyli już wiecie, że za pierwszym razem miałem najgorszy wieszak na oddziale 😆

O kur*a, to naprawdę się dzieje…

Zanim jednak wieszakowa wojna nastąpi to trzeba usiąść w wygodnym fotelu u pielęgniarek i upuścić sobie trochę krwi. Przez następne parę miesięcy, będę zasiadał w tym fotelu co tydzień.

Potem ważenie i mierzenie, to jest konieczne do obliczenia dawek chemii. W międzyczasie jeszcze szybkie EKG.

Wyniki badań krwi są znane dosyć szybko. Jak już są, to śmigamy do lekarza prowadzącego.

Zgodnie z zapowiedzią, lekarka przedstawiła mi jeszcze raz wszystkie możliwe skutki uboczne. Tym razem już w szczegółach. Nie będę pisał wszystkiego – trochę tego jest. Jednak najbardziej chyba ruszyło mnie jedno:

„Istnieje duże ryzyko wystąpienia ciężkiej neutropenii (drastycznego spadku poziomu białych ciałek krwi). Wtedy nie ma pan praktycznie odporności. Musi pan sobie zdać sprawę, że gdy pojawi się gorączka, to trzeba się jak najszybciej zgłosić do szpitala. Każda infekcja podczas ciężkiej neutropenii jest stanem zagrożenia życia i jest obarczona dużym ryzykiem zgonu.”

Właśnie zdałem sobie sprawę, że to o mnie…

Lekarka przejrzała wyniki krwi. Morfologia ok, można podać chemię. Po tym gdy dowiedziałem się, jak zachowuje się marker to nawet się ucieszyłem, że będę mógł dziada i siebie zacząć truć już dziś.

Wynik beta HCG zwiększał się bezlitośnie:

przed operacją (30 marca): 21,25 mIU/ml (przy normie do 2)
po operacji (11 kwietnia): 58,73 mIU/ml
dziś (6 maja): 110,3 mIU/ml

Czyli dziad się na dobre rozpanoszył i ma się wyśmienicie. Wstrętny jajożerco, jeszcze nie wiesz co ci dziś zgotowałem!

Smacznego raku! Na obiad dziś BEP – bleomycyna, etopozyd i cisplatyna. Tylko się (nie) udław!

Dostałem już swoje łóżeczko. Poukładałem rzeczy w szafce. Można zacząć tankowanie.

Pielęgniarka przyniosła koszyk z przydziałem na dziś. Już od samego patrzenia na to zachciało mi się rzygać.

Przydział na dziś

Najpierw dostałem leki przeciwwymiotne i steryd.

Potem jako pierwsza z chemicznych dobrodziejstw poszła bleomycyna. W porównaniu do pozostałych leków to taka rozgrzewka, mały dziesięciominutowy biforek. Pielęgniarka mówiła, że ludzie odczuwają rożne smaki po jej podaniu. Niektórzy nawet mówią, że czują truskawki w ustach. Hmm szkoda, że ja tak nie mam. Właśnie poczułem smak kubła na śmieci 😀 W sumie żeby nie było, że próbowałem wcześniej, ale zapach pasuje.

Następnie etopozyd – ten już leci dłużej. Leje się tak z półtorej godziny.

Potem czas na płukankę solą – litr słonej wody w żyłę. Tu sobie mogłem poszaleć i podkręcić kranik 😛

Jako ostatnia z leków leje się cisplatyna. Kolejne półtorej do dwóch godzin.

Potem znów litr wody w żyłę.

Na koniec mała kroplóweczka – taka niepozorna, a jakie efekty?
Ta mała kroplóweczka to mannitol z furosemidem. Lepiej mieć kibel blisko. Na szczęście w każdej sali jest toaleta. Fun się jednak zaczyna wtedy, gdy kilku twoich współlokatorów dostanie ów nerkowego dopalacza w tym samym czasie. Wygląda to tak, że wszyscy stoją pod drzwiami i się wymieniają. Gdy wychodzisz to ustawiasz się w kolejce, bo wiesz, że dokładnie za 50 sekund znów ci się zachce.

Wlew trwał około pięć, może sześć godzin. Półki co jest jeszcze ok. Nie wiem czy się cieszyć, czy może to cisza przed burzą? No nic, mleko się rozlało, a raczej chemia się we mnie wlała. Odwrotu już nie ma. Teraz tylko czekać co się będzie ze mną działo…

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *